Wielu historyków toczy spór na temat genezy Lodołamacza. Zdaniem prof. Tadeusza Naleśnika wykładodowcy Akademii Patologii Piłkarskich zalążków tej drużyny należy szukać już w 1990r., kiedy to
zetknięci przez los w jednej klasie zostali założyciele i późniejsi włodarzy klubu: Chmielu z Orzechem a także Kabacz i Cyngot. Wtedy to rozpoczęła się wspólna przygoda z piłką, na razie jednak tylko szkolną na boiskach
Jedynki, ale już wkrótce na murawie "Obiektu" - nowopowstałego zaplecza treningowego.
Momentem przełomowym, który doprowadził do utworzenia archetypu kolektywnego zespołu był datowany przez dr Leopolda Zlewozmywaka na 1993r. pierwszy ze sparingów z tzw. serii "klasyków z Brańskimi" -
oczywiście przegrany. Nie wynik był jednak najważniejszy. Ta introdukcja w męski, dorosły football pociągnęła za sobą eskalację dążeń samo-doszkalających. Owa praca organiczna przyniosła bardzo szybko widoczne efekty. Kilku
wybijających się piłkarzy zostało dostrzeżonych i powołanych do reprezentacji SP nr 1, gdzie w spotkaniach międzyszkolnych miało okazję zmierzyć się ze swoimi przyszłymi kompanami: Dawidem, Tinkiem i Różą, w sumie z dobrymi
wynikami. Mało tego, po serii kilkunastu porażek z "Brańskimi" udało się przełamać ich supremację i odnieść jakże ważny sukces. Dla dwóch najbardziej awangardowych osób w szkole czyli dla Chmiela i Orzecha była to najwyższa
pora na rozbrat z tą podwórkową bohemą i przystąpienie do zorganizowanych rozgrywek.
Na rok 1996 przypada oficjalne założenie klubu, kiedy to 24.XI. w zebraniu organizacyjnym Legionowskiej Ligi Piłkarskich Szóstek udział wzięli wcześniej wspomniani działacze, zgłaszając AKS Codofix.
W marcu przyszłego roku grupa młodych adeptów piłki kopanej, głodnych prawdziwej rywalizacji wreszcie stanęła w szranki o ligowe punkty
Początek nie był łatwy. Mało powiedziane, był beznadziejny. To na ten okres przecież przypadają najwyższe porażki
(rekord 0-22 ze Spoylerem),a później nieudana w opinii fachowców fuzja z ASPN Przystanek. Suma sumarum trudno się dziwić gdyż brakowało bramkarza z prawdziwego zdarzenia oraz szerokiej wyrównanej kadry.
Często zdarzało się, że na boisko wybiegali zupełnie przypadkowi gracze. Zupełnym nieporozumieniem było zaangażowanie takich footballistów jak: Kejda, Mantuż, Pyskaty, Zbynek, Stoper
Jednak ta otchłań niekończących się porażek nie mogła trwać wiecznie. Pierwszymi przebłyskami były: porównywalny z remisem Polski na Wembley remis z Olimpem Leśna 9-9, oraz
zwycięstwo 1 czerwca 1998 z PTM New Order 6-1. Zaczęła się metamorfoza.
Mimo wszystko do osiągnięciu pełnego sukcesu potrzeba było zmian strukturalnych i przede wszystkim kadrowych. Podczas plenum działaczy klubowych doszło do podjęcia decyzji o zmianie wizerunku drużyny.
Najważniejszym tego elementem było usankcjonowanie nowej nazwy - Lodołamacz Lenin, nawiązującej do pierwszego lodołamacza o napędzie jądrowym. Nowy image niósł za sobą wiele ważnych konsekwencji. Przede wszystkim stabilizacja
kwestii finansowej pozwoliła na modernizację obracającej się w ruinę bazy treningowej oraz na swobodę podjęcia ryzyka transferowego. Mimo degradacji do III ligi ta trafna polityka Pawła Chmielewskiego przyniosła
kolosalne efekty. Z meczu na mecz zespół grał coraz bardziej kolektywnie, po raz pierwszy zdobywając dwucyfrową liczbę punktów. Szczególnie zadowalające rezultaty w rundzie jesiennej pozwoliły na optymistyczne rokowania
dotyczące przyszłości.
Rozpoczęty na jesieni 1999 roku sezon to już iście koncertowa gra naszego dream teamu. 5 czerwca 2000 po raz pierwszy w historii klubu Lodołamacz obejmuje lidera tabeli.
Konsekwencja w realizacji celu jakim bezwzględnie stała się promocja, sprawiła że ekipa Lodołamacza awansowała do trzecioligowej czołówki, której mimo drobnych wpadek nie opuściła już do końca.
Upór i ambicja zostały sowicie nagrodzone w postaci akcesu do II ligi.
Nowy sezon, nowa klasa rozgrywkowa, nowe nadzieje, no i... nowy gwiazdor. Po odejściu jednego z twórców klubu, na Wiejska Traford sprowadzony został (za bajońską sumę 5 szylingów kenijskich) nie kto
inny jak sam Rycerz. Pomimo wykpienia jego szalenie utopijnego planu wprowadzenia Lodołamacza do I ligi, zespół, ku zaskoczeniu wszystkich, spisywał się wyśmienicie, obejmując przez moment pozycję wicelidera.
Doprowadziło to do zbiorowej euforii, na którą niestety było jeszcze za wcześnie. Powszechna egzaltacja sprawiła, że coraz częściej mówiło się o awansie, a zamiast tego na naszych
głowach wylądował kubeł zimnej wody. W drużynie kreowanej na czarnego konia rozgrywek zapanował kryzys, przełamany dopiero w kończącym rundę jesienną spotkaniu z P&O. Ostatecznie sezon 2001 ukończyliśmy na ósmym miejscu,
mając jednak wystarczająco dużą przewagę punktową nad strefą spadkową.
Wprawdzie miecz degradacji jakoś nas ominął, jednak przed prezesem stanęło nowe wyzwanie. Otóż nad klubem zebrały się czarne chmury w postaci dezercji czołowych obrońców - Sadiego i Kurczaka. Aby
zgłosić zespół do rozgrywek szybko trzeba było podjąć trudną decyzję, dotyczącą uzupełnienia składu. Ostatecznie Zarząd Klubu postanowił podpisać kontrakt z Orzechem (definitywny powrót na Wiejska Traford) oraz z Grubasem,
byłym piłkarzem Legionovii, bardzo obiecującym znaleziskiem naszego scoutingu. Ta mieszanka starych i nowych gwiazd była niesamowicie nieobliczalna. Każda ekipa musiała liczyć się z Lodołamaczem, o czym jako pierwszy przekonał
się SAS Saternus (spadkowicz z I ligi) przegrywając 1-9. Wielka radość sensacyjnego lidera, już wkrótce została zmącona. Kolejne porażki przeplatały okazyjne zwycięstwa. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie graliśmy
źle. Gdyby liczyć tylko wyniki pierwszych połówek, mielibyśmy 36 pkt. i bezwzględną czołówkę (kto wie czy nie awans). Rzeczywistość okazała się zdecydowanie bardziej brutalna. Sezon 2002 zakończył się haniebnym spadkiem i
to z pozycji outsidera.
Krajobraz po spadku nigdy i dla nikogo nie jest wesoły. Trudno jest bowiem przełknąć ciężką i pełną goryczy pigułę porażki, a ponadto spojrzeć prawdzie w oczy i zreflektować się, że byliśmy ostatni.
Tym większa odpowiedzialność spadła na barki prezesa, aby skonsolidować zespół (czytaj nie dopuścić do wewnętrznego rozkładu) i na nowo zmotywować do walki o powrót do II ligi. Sprawa wydawałoby się szalenie trudna, ale nie
dla tak doświadczonego managera jakim jest Paweł Chmielewski. Zespół został znakomicie przygotowany do sezonu, który rozpoczęliśmy od serii dziesięciu spotkań bez porażki (w tym dziewięć zwycięstw) i pomimo dwóch wpadek,
kolejne zwycięstwa zapewniły nam mistrzostwo grupy pierwszej III ligi. Na sukces ten złożyły się między innymi: dramatyczny mecz z Wściekłymi (z 0-2 wyciągnęliśmy na 3-2), rekordowa wygrana ze Skrzeszewem (10-1), no i oczywiście
derby z Przodownikami (to było dopiero widowisko...). Prawdziwą chwilą prawdy okazał się dopiero turniej barażowy. Aby awansować do II ligi trzeba było zająć pierwsze lub drugie miejsce i... pomimo iż byliśmy uważani za
faworytów zostaliśmy pokrzywdzeni przez sędziego i w 2004 znów trzeba było grać w III dywizji.
Tym razem zadanie było stokroć trudniejsze, ponieważ wymagało jeszcze większej determinacji i wykrzesania dodatkowych pokładów woli walki. Pomimo mistrzostwa grupy, porażka w decydującym momencie
wywołała powszechne zniechęcenie i zwątpienie. Dodatkowo skrzydła drużynie podciął Grubas, uciekając z powoli tonącego okrętu do FC Piasków. W tym kontekście kierownictwo klubu postanowiło, że priorytetem w nadchodzącym sezonie
miało być utrzymanie w reformowanej III lidze, a nie walka o powrót do ligi drugiej. Sprawę skomplikował dodatkowo podział na grupy, gdyż według niezależnych ekspertów zostaliśmy umieszczeni w tej lepszej, wraz z wieloma
potentatami. Szybko się okazało, że w bardzo mocnym towarzystwie bardzo ciężko jest o każdy punkt. Tym ciężej jeśli się gra w okrojonym składzie. Niemal przez cały sezon z kontuzjami borykał się Kabacz, a w kratkę pogrywali
Szaman, Zbigniew, Rycerz i Orzech. W tej sytuacji wyniki klubu nie mogły być zadawalające. W trybie awaryjnym do marnie spisującego się Lodołamacza, dokooptowany został Kermit. Miał on pomóc w uniknięciu degradacji do IV ligi,
ale niestety... zajęliśmy dwunastą, nie gwarantującą utrzymania pozycję. Na całe szczęście dzięki rozmaitym zawirowaniom organizacyjnym nie spadliśmy. W wyniku nie zgłoszenia się wielu ekip, odstąpiono od utworzenia czwartego
frontu. W związku z tym, kierownictwo klubu po raz kolejny wyznaczyło cel: walka o powrót do II ligi.
Biorąc pod uwagę rezultaty osiągnięte w minionym sezonie trzeba jednak było wyciągnąć wnioski po to, aby móc znów powalczyć o wyższe cele. Największą bolączką wydawał się brak klasowych obrońców,
w związku z czym zapadła decyzja o pozyskaniu, z rozpadających się Przodowników Pracy, Mumina i Lejzera. Ten spektakularny transfer odbił się szerokim echem po ligowym światku, no i oczywiście wpłynął na wzrost morale w
samej drużynie. Możliwe, że dlatego właśnie pierwsze dobre spotkania 2005 roku, trochę nieoczekiwanie ulokowały nas w gronie faworytów do awansu. Sęk w tym, iż wówczas zespół nie był na tyle poukładany, aby mógł osiągnąć
satysfakcjonujący wszystkich wynik. Niestety nie był w stanie zrozumieć tego Lejzer i w przerwie letniej czmychnął do lepiej spisującego się Locomotivu, udowadniając tym samym, że zależy mu jedynie na zwycięstwach. Niektórzy
twierdzą, że może to i lepiej się stało, bo dzięki niemu w klubie na dłużej zakotwiczył się, pełniący dotychczas funkcje dublera, Karol. Oczywiście te roszady, jak również i kontuzje Kabacza, czy też pijaństwa Rycerza,
niekorzystnie wpływały na formę Lodołamacza. 11 miejsce to pozycja może nie powalająca na kolana, ale na pewno mobilizująca do większej pracy i poprawy w kolejnym, jubileuszowym 10-tym sezonie.
2007
I jeszcze dwa zdania...
W powyższej opowieści pokrótce przedstawiłem Wam historie Lodołamacza. Mogliście przeczytać o tym, jak z ostatniej drużyny ostatniej ligi staliśmy się zespołem ambitnym, kreatywnym,
perspektywicznym. Mimo to w tych kilkunastu zdaniach nie sposób było przedstawić wszystkiego. Niemożliwością było odzwierciedlenie goryczy kolejnych porażek, niesmaku pozycji outsidera, braku nadziei na lepsze jutro.
Zdarzały się spotkania, na które przychodziły 3, 4 osoby, po to aby na kilka chwil przed pierwszym gwizdkiem sędziego skompletować skład i to z zupełnie przypadkowych osób. Czasami się udało a czasami nie, ale mimo
wszystko nie poddaliśmy się i przetrwaliśmy oraz co najważniejsze potrafiliśmy wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.
Wszędzie na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną, znajdziemy taki Lodołamacz, którego grupka zawodników, na przekór wszystkiemu, co tydzień wybiega na boisko. I czasem przegrywa, ale nie
rezygnuje, walczy, klnie, odnosi kontuzje, ale nie poddaje się. Bo w gruncie rzeczy nie jest ważne czy się ubiera koszulkę Milanu, Realu, Bayernu czy Lodołamacza. Jeśli wchodzi się na boisko, obowiązek walki trzeba wypełnić
do końca. I jest to wspaniałe...
I wspaniała jest ta nadzieja, że być może zaświeci jeszcze dla nas słońce...